Są tematy, które wracają w gabinecie zaskakująco często, nawet jeśli pacjent przychodzi z pozorną drobnostką. Bardzo często jest to napięcie, które nie opuszcza ciała mimo dużych chęci i realnego zaangażowania pacjenta.
Nie wszystkie objawy da się opisać samą biomechaniką. W pewnym momencie zaczynasz widzieć, że ciało nie reaguje wyłącznie na to, co robimy z tkanką. Reaguje też na to, w jakim trybie żyje układ nerwowy i, przede wszystkim, jaką historię nosi człowiek.
Książka Dzieci, które chorują za rodziców porządkuje ten obszar prostym językiem. Autor pokazuje, jak lojalność, odpowiedzialność i potrzeba bycia bezpiecznym mogą wpływać na ciało.
Jeśli interesuje Cię holistyczne podejście do zdrowia, praca z emocjami przez ciało i realne przełożenie na codzienność, ta lektura może być dobrym punktem startu.
Co mnie w tej książce zatrzymuje?
Najmocniej działa motyw lojalności. Nie tej deklarowanej, tylko ukrytej, zapisanej w odruchach, których pacjent często sam nie zauważa.
Jako dzieci nie analizujemy, co jest dobre dla naszej psychiki. Działamy podświadomie. Układ nerwowy wychwytuje bodźce i dopasowuje się tak, by było bezpiecznie.
Wbrew pozorom ta książka nie jest opowieścią o szukaniu winnych w rodzicach. Zwraca uwagę na to, jak relacje w systemie rodzinnym mogą utrwalać reakcje obronne i jak te reakcje zostają z nami na długo.
Jak można to zaobserwować?
W gabinecie najczęściej zaczyna się od drobiazgów. Pacjent mówi, że wszystko u niego w porządku, a jednocześnie oddech jest płytki, barki są stale uniesione, a ciało pozostaje w gotowości.
Przez lata organizm mógł nauczyć się, że trzymanie napięcia daje poczucie bezpieczeństwa.
To jest bardzo proste na poziomie fizjologii: układ nerwowy nie przełącza się w regenerację wtedy, kiedy my tego chcemy. Przełącza się dopiero wtedy, gdy dostaje sygnał, że jest bezpiecznie.
A lojalność, nadmierna odpowiedzialność i życie w ciągłej gotowości to zdecydowanie sygnały odwrotne.
Chorowanie z miłości, czyli rzecz, którą trudno przełknąć
W tej książce jest wątek, który u wielu osób wywołuje nieprzyjemne uczucie: dziecko potrafi cierpieć z potrzeby bycia blisko, utrzymania więzi i niebycia ciężarem.
Z mojej perspektywy fizjoterapeuty to wygląda prościej: dziecko robi to, co działa.
Bycie dzielnym, nadmiernie spokojnym czy „bezproblemowym” w trudnych sytuacjach nie zawsze jest dobrym znakiem. Często to strategia przetrwania. Organizm uczy się zamrożenia, tłumienia, kontroli, bo to kiedyś dawało bezpieczeństwo.
I wtedy objaw przestaje być przypadkiem. Staje się konsekwencją stylu przetrwania.
Nie każda choroba ma rodzinne źródło, ale warto zadać sobie pytanie: czy mój organizm nadal zachowuje się tak, jakby musiał mnie chronić przed dawną sytuacją?
Dlaczego ta książka jest przełomowa?
Bo pomaga zobaczyć różnicę między życiem w spokoju a życiem w trybie utrzymywania spokoju.
Z zewnątrz to może wyglądać podobnie. Ale dopiero realne uświadomienie sobie, w jakim stanie jest ciało, daje szansę na odzyskanie zdrowia i regulacji.
Wiele osób funkcjonuje świetnie i bywa stawianych za wzór. Są ogarnięte, odpowiedzialne, miłe i spokojne. Tylko że często jest to spokój „na zewnątrz”. Ciało płaci za to rachunek: napięciem, zmęczeniem, problemami z oddychaniem, zaciskaniem szczęki, bólami, które wracają. Nierzadko są to objawy, których otoczenie nawet nie zauważa.
Ta książka nie jest prostą receptą na święty spokój. Daje raczej perspektywę, język i narzędzia do rozumienia mechanizmów, które stoją za napięciem, i do bardziej świadomej pracy z tym, co ciało niesie.
Dla kogo jest Dzieci, które chorują za rodziców?
Dla tych, którzy:
-
mają trudność z odpuszczaniem,
-
czują winę, kiedy odpoczywają,
-
łapią się na tym, że w relacjach często ratują,
-
mają objawy, które wracają mimo starań.
I dla fizjoterapeutów, którzy widzą pacjentów z bólem i napięciem, ale czują, że sama praca strukturalna to za mało.
Jeśli jesteś fizjoterapeutą: to się da przełożyć na gabinet
Ta książka wyraźnie podkreśla, że objaw może być adaptacją. A jeśli jest adaptacją, to sama praca na tkance czasem nie wystarcza, bo układ nerwowy i tak wróci do starego ustawienia.
W Five Energy Therapy (FET) uczymy właśnie tego, jak łączyć pracę manualną, ruch, oddech i regulację układu nerwowego w spójny proces.
Bez wchodzenia w terapię psychologiczną, ale też bez udawania, że emocje nie wpływają na ciało.
Jeśli chcesz prowadzić takich pacjentów pewniej i skuteczniej, dołącz do Five Energy Therapy.